Dębno Marathon

I’m travelling with my dad. I’m going to stay in the sport hall together with other runners. Dad stays in town nearby. The town is very small, but everyone seems to be aware of the marathon. Seems like there is lost of extra people in town. Finding the sport center fine, registration. Nice atmosphere. Parting with dad. Pasta party. Chatting. Meeting people. Great crowd. Sleeping hall. More chatting. Sleep, but not too great. We’ve been rushing with Michał to make the release of the app, so generally feeling a bit tired and sleep is not of great quality. Morning routine. Dad arrives. Preparing. Walking to the start. Final goodbyes. Great crowd, standing rather close to start line. Final seconds, and off. Running. Feeling heavy. Heavy from the start. Hoping for the lightness to come. But it never arrives. First 10km passes rather quickly. Changing sceneries, going through town, then forests. Great route. 21km. Getting tired. 28 or so, feeling better. Picking up pace. I think I can make it. Feeling almost there. Boom – it surprised me. The cramp in my left calf. Ouch. Have to stop. Slowly getting back to walking. Overtaken by people I have overtook before. Then slow run. Picking up a bit, but my pace is slow. Should I quit? I know I cannot make the time. I know there will be no personal best in this race. Should I quit? Getting a bit tired. A runner in front tries to grab an orange from a hand of a young girl on the food stand. He misses, the orange piece drops to the ground, the man sighs and continues his race. The girl quickly runs back to the stand, grabs another orange piece, and runs quickly after the guy, shouting “hello mister, hello mister”. She catches him up, passes the orange, and walks happy. Perhaps it was the final kms, but the scene seems surreal, and extremely emotional. I have to say that the stall and support people, drinks food and all that was superb. That was the best organized event I’ve taken part in. By far. The final kms were tough, and the long straight at the end, really tough. I was done. Got to the finish line, and I had nothing left. Had difficulty keeping up straight. Massages, relax, and warm meal followed.

 

Notatka napisana 9 kwietnia:

Powoli dochodzę do siebie. Mięśnie jeszcze bolą ale kolana i stopy są już w porządku. Pogoda dopisała, atmosfera też. Miałem dobry start i dobry czas na połowie. Byłem przekonany że poprawię swój wynik. Trochę po 30stce złapał mnie skórcz lewej łydki i stopy. Musiałem stanąć, porozciągać się, znacznie zwolnić tempo, żeby unikąć skórczy. Było to nie tylko fizycznie bolesne, ale psychicznie też. Zdanie sobie sprawy że miła czas który się z takim wysiłkiem zrobiło, oraz fakt że biegnę wolniej niż “mógłbym” oraz perspektywa nieuzyskania życiówki spowodowały taki małym dramat. Czy warto kończyć wyścig w którym nie pobije się życiówki? Tak. Warto. Ukończyłem z czasem o minutę gorszym od życiówki. Był to jeden z lepszych wyścigów, dałem z siebie wszystko i na pewno będę go długo pamiętał.

Dębno ma niewątpliwie taki swój kameralny klimat. Pasta party i sypialnia na dużej sali gimnastycznej były fajnym przeżyciem – można było pogadać z innymi biegaczami i poznać ich treningi czy ulubione trasy w Polsce. Sama trasa jest ciekawa, urozmaicona – jeden bardzo krotki podbieg, jeden dłuższy łagodny zbieg, reszta prawie płaska. Mieszanka lasów i miejskich kamienic, uliczki z kibicami, dzieci z którymi można przebić “piątkę”, no i odcinki samotnego biegu w lesie, cisza. Super. Fajny długi prosty finish na który się tak długo czeka, bardzo życzliwe zakończenie, pomoc, gorący posiłek, masaże. Rewelacja.